środa, 28 września 2016

Rozdział 59

PROSZĘ O PRZECZYTANIE NOTKI POD ROZDZIAŁEM  

xxx


Ostatni dzień wakacji zaczął się fatalnie. Jak na samą złość chyba połowa Los Angeles wylądowała w restauracji, w której pracuję. Tłum ludzi, upał i jeszcze ta niewiarygodnie nieodpowiedzialna i denerwująca kobieta...
- Tess! - krzyczałam i chodziłam za nią chyba od piętnastu minut - Do jasnej cholery! Czy ty możesz mnie posłuchać?! - chwyciłam ją za nadgarstek.
- Co?!
- Co ci dzisiaj jest?!
- Słuchaj! Wiem co mam robić, jestem tutaj dłużej niż ty. A zresztą jak ty przechodziłaś załamanie nerwowe to to nie wyzywałam się na tobie...
- Nie? Wyśmiewałaś się ze mnie... - wzięłam głęboki oddech - Dobra, nie będę taka jak ty. Za chwilę kończy się nasza zmiana. Postarajmy się zachowywać jak dorośli ludzie i wytrzymać chociaż tyle dzisiaj, okay?
- Okay.

Na szczęście szybko uwinęłam się i skończyłam pracę na te wakacje. Zabrałam wszystkie swoje rzeczy z szafki i udałam się w stronę domu. Nie miałam ochoty wracać na piechotę, więc postanowiłam złapać taksówkę - na marne.
- Podwieźć cię? - usłyszałam za sobą czyiś głos
- Tess proponuje mi pomoc?
- Widzisz, jednak nie jesteś taką szmatą jak wszyscy uważają - uśmiechnęła się sztucznie - Dobra, wsiadaj i nie marudź.

Rozmawiałyśmy przez całą drogę do mojego domu, a następnie zaprosiłam Tess do siebie. Pogadałyśmy sobie. Czułam się jakbym ją znała od zawsze. Wcale nie jest taka jak wszyscy uważają. Nie rozumiem po co taką zgrywa.
- Będę się zbierać już późno...
- Możesz jeszcze siedzieć. Nie mam za bardzo teraz z kim rozmawiać, sama wiesz  czym mówię.
- Mimo, że się nie lubimy fajnie tak zwierzyć się takiej osobie jak ty Scar.
- Zawsze możesz wpaść do mnie - uśmiechnęłam się do dziewczyny i odprowadziłam ją do drzwi.
- A jeszcze coś, jak to możliwe to trzymaj się z dala od Harrego albo po prostu uważaj na niego - zmieniła ton głosu, w którym można było usłyszeć zawahanie?
- Harry? - przemyślałam wszystko dokładnie - Słuchaj, ja nie jestem nim zainteresowana w taki sposób, jeśli chcesz to...
- Oszalałaś?! Nie zamierzam się za niego brać, gdybym chciała to juz dawno bym to zrobiła. Po prostu, nie można mu ufać...
- Dlaczego? Jest normalny i pomaga mi.
- Słyszałam o nim różne rzeczy. Często zmienia pracę, miejsca zamieszkania i...
- Dobra przestań Tess. - powiedziałam stanowczo - Ja nie ufam plotkom. Skoro tak często wszystko zmienia to skąd go możesz znać?
- Słuchaj, ja cię tylko ostrzegam w razie czego - wzięła swoją torbę i udała się w kierunku drzwi, otwierając je - Nie ufasz plotkom? Ja ci radzę dobrze nie ufaj jemu. Chcesz to się z nim koleguj, ale nie ufaj. - Po czym oddaliła się i odjechała z piskiem opon.

Szczerze mówiąc trochę zaniepokoiło mnie to co powiedziała, ale jej właściwie tez nie mogę ufać. Przez cały okres mojej pracy była da mnie chamska i przy każdej okazji próbowała pokazać, że jest lepsza. Rozumiem, że ludzie się zmieniają, ale w tak krótkim czasie i do tego stopnia, żeby dobrze mi poradzić? Nie wydaje mi się. Ale po co miałaby kłamać?

xxx

Tydzień później... 

Wakacje dobiegły końca i zaczęła się szkoła. Ostatnia klasa. Jak to pięknie brzmi. Nie narzekam na szkołę, mimo że kiedyś jej nienawidziłam. Ponowne regularne spotkania z Vanessą zdecydowanie poprawiły moje samopoczucie. Przez Tess ograniczyłam spotkania z Harrym - właściwie to nie zaprzeczę, trochę mnie to zniechęciło, ale czuję się źle, że tak go olałam. W końcu pomógł mi. 
- Nie mam zamiaru tego słuchać! - z rozmyśleń wyrwał mnie dobrze znany mi głos - Nie chodź za mną! - krzyczała dziewczyna, biegnąc przez całą szkołę
- Vanessa! - chwyciłam ją za rękę - Co ty wyprawiasz? Wszyscy się na ciebie patrzą! 
- Później pogadamy Scar, a teraz bądź dobrą przyjaciółką i zabierz tego skończonego kretyna ode mnie - Tyle powiedziała i zostawiła mnie. Nim zdążyłam się obrócić, zostałam znokautowana przez chłopaka.
- Rocky? Co ty tu robisz? 
- O Scarlett - zaczął, najwyraźniej zdziwiony moją obecnością - Ja-a próbuję dogonić moją dziewczynę, bo... A ty co tu niby robisz? 
- Chodzę do szkoły - mruknęłam - Najpierw gadaj co robisz w mieście i czemu latasz jak głupi za Vanessą, a ona nie chce cię słuchać? 
- Zawsze musisz o wszystkim wiedzieć? 
- Niech pomyślę.... Tak.
- Dobra. Możemy pogadać gdzieś indziej? 
- Mam lekcje jeszcze, więc nie za bardzo... - podrapałam się po głowie i pomyślałam chwilę nad tym - Niech będzie. 

Chwilę później siedzieliśmy w kawiarni, dwie przecznice od mojej szkoły. Chłopak wyglądał na zdenerwowanego. Nie często widzę go takiego. Zaczynam się domyślać o co chodzi. W sumie to bardziej jestem ciekawa co robi w LA skoro wyjechali w trasę, a jeszcze bardziej czy reszta zespołu też wróciła. Zamknij się i wreszcie zacznij słuchać co do ciebie mówi -
- Słuchasz mnie? - zapytał chyba drugi raz
- Przepraszam cię - zrobiłam się czerwona za pewne,bo miałam wrażenie, że moje policzki płoną.
- Byliśmy w trasie. Właściwie to kiedy zatrzymaliśmy się w hotelu w Chicago to wszystko się zaczęło i od tej pora ona ze mną nie rozmawia... - schował twarz w dłoniach
- Rocky? - zmarszczyłam brwi,a on spojrzał na mnie - Nadal nie wiem o co ona się wkurzyła.
- A no tak, nic nie wiesz... Bo jechała z nami ta, ta - no ta Ross'a...
- Oni są razem?
- Nie wiem. - spojrzał na mnie - Nie! To znaczy... O jeju miałem na myśli, że jako jego koleżanka. Wiesz, nie interesuje mnie aż tak bardzo życie erotyczne mojego brata - Po wypowiedzeniu tych słów miałam ochotę zakopać się pod ziemię. Chłopak chyba zorientował się co przed chwilą powiedział i już nić nie mówił.
- Ta w sumie, to mnie też to nie interesuje. Ale chyba nie o tym rozmawiamy, tak?
- No jasne! Nie gniewaj się, ale to nie moja działka.
- Co?
- No wiesz, to pocieszanie, wysłuchiwanie i doradzanie. Gdybym się na tym znał za pewne potrafiłbym normalnie dogadać się z własną dziewczyną...
- Możesz mi to wreszcie powiedzieć? Trochę mi się spieszy.
- Zaczęło się od tego, że wczoraj po koncercie trochę zaszaleliśmy, to znaczy poszliśmy do klubu i wiadomo alkohol muzyka, dzikie tańce - zaśmiał się pod nosem - I zadzwoniła do mnie w tym czasie Vanessa. Nie było mnie przy stoliku, a telefon zostawiłem Rydel, która przy okazji dostała tytuł najmniej odpowiedzialnej, nieważne. Zostawiła ten telefon z Sarze, a że ta była tak nawalona zaczęła gadać Van różne głupoty, w które oczywiście uwierzyła.
- Pogadaj z nią.
- A myślisz, że po co przyjechałem tutaj specjalnie? Nie odbierała telefonów, nie odpisywała to musiałem jechać. Fajnie się złożyło, że jutro mamy tutaj koncert i nie muszę daleko lecieć. Ona nie chce mnie nawet wysłuchać! Pogadaj z nią proszę. Chyba mi wierzysz, prawda? - spojrzałam niepewnie na niego
- Jak dużo miałeś wypite?
- Trochę miałem. Ale nie zdradziłem jej! Nie mógłbym... - Uśmiechnęłam się do niego i przytuliłam.
- Bardzo się cieszę, że moja przyjaciółka ma kogoś takiego jak ty. Nie spieprz tego Rocky. - Wstałam i spojrzałam na lekko zdziwionego chłopaka - Przyjdę dzisiaj i powiem ci co masz zrobić ok?
- Jasne. Dzięki Scarlett. Jeśli chodzi o mojego brata, to...
- Daj spokój. Nic nas już nie łączy. Nie będę zgrywać pokrzywdzonej dziewczynki, to bez sensu. Powinnam się cieszyć, że zaczyna układać sobie życie. - Nic już nie powiedział. Wzięłam swoje  rzeczy i udałam się na spotkanie z Harrym.

xxx


 Hej Wam hej :) Dodaję wam ten rozdział. Wiem, że nie jest za długi, ale dopiero się rozkręcam. Bardzo długo niczego nie dodawałam. To nie jest tak, że olałam bloga, bo pisałam w między czasie. Ale kiedy już coś zaczynałam to nie kleiło mi się to z niczym dosłowanie, więc nie widziałam sensu pisania na siłę. Druga sprawa to brak czasu, ale w pewnym sensie też brak motywacji. 
Doszłam ostatnio do wniosku, że jak skończę tą historię a stanie się to niedługo, bo uważam, że nie ma potrzeby ciągnąć tego cały czas na siłę, to zacznę pisać coś zupełnie nowego, jeszcze nie wiem tylko czy zrobie z tego bloga, bo o wiele łatwiej jest na aplikacji wattpad. Jest to po prostu wygodniejsze przede wszystkim dla czytelników. Ja bardzo się od tego uzależniłam i wam też polecam. 
 Pomimo braku czasu chcę pisać, bo lubię to. Oczywiście smutno mi będzie zakończyć ta całą historię, dlatego, że trwa ona już tyle lat i mam z nią tyle naprawdę ciekawych wspomnień itd. Nie wiem co mam wam jeszcze napisać...
Bardzo was proszę o wyrażenie swojego zdania o rozdziale i o tym nowym pomyśle. Dziękuję tym, którzy jeszcze tutaj są ze mną x 

~Olivia~

niedziela, 8 maja 2016

Rozdział 58


 Minął tydzień. Te siedem dni spedziłam z moją przyjaciółką, która uratowała mnie od robienia głupich rzeczy i nie zostawiła mnie samej w mieście pełnym nawalonych zboczeńców, którzy czekają tylko na świeżą krew.

Powiedzmy, że dom Vanessy jest chwilowo moim obecnym miejscem zamieszkania. Nie chciałam wracać jak na razie do domu. Sam nie wiem dlaczego. Przecież tata się wyprowadził i nie muszę słuchać żadnych kłótni. Ale nadal jest babcia. Po wielkiej awanturze u Lynch'ów z pewnością ona zdołowałaby mnie jeszcze bardziej - przecież tyle w życiu przeszła i zna się na wszystkim. Tak, tylko że miała trzech mężów a teraz jest sama. Pieniądze uderzyły jej do głowy i myśli, że może wszystkimi dyrygować.

Tak czy inaczej, rozmowy z Van poprawiły odrobinę moją psychikę. Doszłam nawet do wniosku, że muszę porozmawiać z Rydel. Przecież jest dla mnie jak siostra. Jak mogłam pomyśleć, że kiedykolwiek chciałaby mnie skrzywdzić. Nie dałam jej nawet szansy na wytłumaczenie. Nie wiem do tej pory co miał do ukrycia Ross, ale nie chcę tego wiedzieć. To by i tak nic nie zmieniło, może by wręcz pogorszyło sytuację, skoro on sam powiedział, że mogłabym go znienawidzić. Wolę żyć w nie wiedzy niż myśleć jak bardzo pomyliłam się co do chłopaka.

- Ziemia do Scarlett! - odezwał się Harry, który stał przede mną, machając ręką przed moimi oczami.
- O przepraszam, już się biorę do pracy - uśmiechnęłam się
- Nie no spoko. Nie ma dużo klientów. Jeszcze nie ta godzina. Pierwsza zmiana zawsze najlżejsza - puścił mi oczko
- Ciesz się, że nie było cię wczoraj.
- Jesteś czasami taka zamyślona, jakbyś się czymś przejmowała. Jakieś problemy? - Kiwnęłam znacząco głową - Może mogę jakoś ci pomóc?
- Dzięki za troskę, naprawdę.
- Wiesz, jak...
- Tak, wiem. Powtarzasz się. Ale nie jestem gotowa, żeby o tym wszystkim rozmawiać z tobą. Wiesz nie znamy się za długo i ... Mam nadzieję, że rozumiesz.
- No pewnie. To może wyskoczymy dzisiaj gdzieś pod wieczór jak kumple z pracy? Zapomnisz o wszystkich zmartwieniach i po prostu się rozluźnisz. Co ty na to?
- Brzmi świetnie.
- Może wreszcie weźmiecie się do pracy co? - powiedziała zirytowana Tess, stojąc z założonymi rękoma.
- Już już, królowo - odezwał się chłopak, robiąc ukłon przed dziewczyną. Już widzę jak w środku dosłownie kipi ze złości.

Po pracy odwiedziłam Vanessę, której podziękowałam za chwilowe wynajęcie pokoju i wróciłam do domu. Mama chyba pierwszy raz cieszyła się tak na mój widok. Przepraszała mnie za wszystko i chwilę porozmawiałyśmy o tym co działo się przez ten tydzień. Brakowało mi tego. Ostatnio dochodzę do wniosku, że zaniedbuję ważne dla mnie osoby, bo jestem zbyt zajęta użalaniem się nad sobą. To żałosne.
Czas spędzony z moją rodzicielką minął, bo przyszła babcia, od której dostałam wielkie kazanie jaka to jestem nieodpowiedzialna. Do tego wypomniała mamie, że ma kompletnie niewychowane dzieci, oczywiście z wyjątkiem Nessy, która nie jest jeszcze na tyle duża, żeby odpyskować babci. Zresztą wcale jej się nie dziwię, jest wiecznie przez nią przekupywana.

Dobiegła godzina 18:00, a ja dostałam sms'a od Harrego:
Spotkajmy się w parku, niedaleko restauracji za 20 minut :) 
Uśmiechnęłam się do ekranu telefonu. Przebrałam się w jakieś luźniejsze ciuchy i byłam właściwie gotowa do wyjścia. Nie chciałam się nie wiadomo jak stroić. Pewnie przejdziemy się na jakiś spacer, żeby pogadać albo do jakieś knajpy. Lubię go, jest przystojny, ale nie chcę dawać mu głupiej nadziei. Nie mam ochoty na bawienie się w związki, tylko po to, żeby Ross zobaczył to co stracił.

Przecież on tego nie pamięta, kretynko.
A zresztą będzie mi łatwiej o nim zapomnieć, bo przecież wyjeżdża w trasę. Oni wyjeżdżają. Rydel wyjeżdża... Cholera, Rydel! Muszę z nią pogadać!

Wybiegłam z domu i wpadłam na Harrego, z którym wylądowałam na ziemi.
- Miękko? - zaśmiał się, podnosząc.
- Przepraszam, spieszyłam się i... Co ty tutaj robisz? Mieliśmy spotkać się w parku? I skąd wiedziałeś gdzie mieszkam?
- Ja ten no... Nie wiem, kiedyś mi mówiłaś?
- Chciałam jeszcze z kimś pogadać... - spojrzałam akurat na blondynkę, wychodzącą z domu - Rydel! - krzyknęłam do dziewczyny, która szeroko się uśmiechnęła. Podbiegłam do niej zostawiając chłopaka samego.
- Tak bardzo cię przepraszam! - mówiła dziewczyna, przytulając mnie do siebie.
- To ja przeprszam, że tak po prostu mogłam uwierzyć w to, że chciałabyś mnie skrzywdzić.
- Bo ty nie rozumiesz Scar... Ross chciał-
- Nie obchodzi mnie to. Chcę o nim zapomnieć.  Nie chcę się martwić przez całą trasę tym co by mi powiedział.
- Ale ty nic nie wiesz... Powinnaś dać mu szansę na wyjaśnienie. - Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo z budynku wyszła reszta domowników. Ross popatrzył na mnie obojętnie, a następnie spojrzał na osobę stojącą kilka metrów za mną - Harrego. Zmarszczył brwi. Chyba nie spodobał mu się ten widok. Niestety nie był to zamierzony cel.

Pożegnałam się ze wszystkimi przed wyjazdem i dołączyłam do chłopaka, który musiał na mnie czekać. Obejrzałam się tylko jednen raz za siebie, patrząc ostatni raz na odjeżdżający samochód.

xxx

Harry to naprawdę świetny chłopak. Nie mogę uwierzyć w to, że nie ma dziewczyny. Bawiłam się z nim cudownie! Chodziliśmy po parku, on opowiadał mi różne historie. Mówił o swojej rodzinie, o swoim życiu i przygodach, w które nie chciało mi się wierzyć. Ja tez opowiedziałam mu trochę o sobie... Powiedziałam po części powód mojego smutku. Zrozumiał mnie. Sam był nawet w takiej sytuacji kiedyś. 
- Cieszę się, że ci się zwierzyłam i dziękuję, że poświęciłeś mi tyle swojego cennego czasu - przytuliłam chłopaka. Staliśmy pod moim domem tak z chyba dwadzieścia minut - Muszę już iść. 
- To jest normalnie identyczna historia jak z tych beznadziejnych romansideł. 
- Czyli co? 
- Para wraca z uroczego, ale nic nie znaczącego spaceru. Stoją pod domem dziewczyny, rozmawiają, śmieją się. Potem ona mówi, że musi już iść i dochodzi to nie zręcznej sytuacji, a potem się całują i idą do łóżka i takie tam - zaczął się śmiać. 
- Chyba oglądasz zdecydowanie za dużo filmów. A my jesteśmy przecież tylko kumplami - On patrzył na mnie, ja na niego. I faktycznie poczułam się dziwnie, tak jak mówił. Zrobiło mi się gorąco. Nie chciałam, że doszło między nami do jakiegokolwiek zbliżenia. 
- Możemy być kimś więcej - przysunął się bliżej mnie, a ja zaczęłam panikować w duchu - Co powiesz na przyjaźń? - Co za ulga.
- Przyjaźń? 
- No tak. Spędzamy dużo czasu ze sobą. W pracy i po. A zresztą mówiłem ci już, możesz mi zaufać Scarlett.
- No to czemu nie - uśmiechnęłam się tylko. Pożegnałam się z moim przyjacielem i udałam się prosto do swojego pokoju, wspominając chwile spędzone z brunetem, który sprawił, że wszystkie moje zmartwienia odeszły w niepamięć, przynajmniej na jakiś czas. 
Może dzięki niemu zacznę trochę lepiej postrzegać ten świat. Myślę, że wraz z wyjazdem Lynchów, a zaprzyjaźnieniem się z Harrym moje życie ulegnie zmianie. W końcu za parę dni zaczyna się wrzesień. czas wrócić do szkoły, zająć się nauką i zacząć myśleć trochę o przyszłości, w końcu to ostatnia klasa. 
Myślałam jeszcze trochę na sensem własnego życia, a potem odpłynęłam w krainę snu. 

xxx

~Olivia~










piątek, 29 kwietnia 2016

Rozdział 57


  Moje ciało nigdy nie czuło się bardziej zrelaksowane niż w tej chwili. Leżałam na kocu, miałam zamknięte oczy, a moją skórę przyjemnie ogrzewały ciepłe promienie słońca. W około by słychać szum drzew, śpiew ptaków i coś, a raczej kogoś jeszcze...
- Nie udawaj aniołku - Ten głos jestem w stanie rozpoznać wszędzie. Otworzyłam lekko oczy, a ku mojemu zadowoleniu  ukazała się przede mną postać uroczego blondyna o ciemnych oczach, które błyszczały z każdą chwilą bardziej kiedy się w nie wpatrywałam.
- Mogłabym spędzić tutaj z tobą resztę swojego życia - mówiłam, śmiejąc się przy tym i obejmując mocno chłopaka. Nagle on znalazł się nade mną, pochylił się i czułe pocałował.
- Kocham cię Scarlett.
- Ja też cię kocham Ross - uśmiechnęłam się.
I nagle on zaczął oddalać się. Wolałam go, krzyczałam, próbowałam biec za nim, ale nie mogłam ruszyć się z miejsca. Jakbyś ktoś mnie trzymał, a ktoś inny zabierał mi moje największe szczęście.

Z krzykiem i płaczem obudziłam się w środku nocy. Byłam cała zalana potem, trzęsłam się i nie mogłam dojść do siebie - Co to do cholery było? - Pomyślałam zanim zdążyłam się zorientować że mama weszła do pokoju, w którym się obecnie znajdowałam.
- Co się stało? - zapytała zaniepokojona
- Nic - przetarłam twarz ręką - Nic, naprawdę... Po prostu zły sen. - Rozejrzałam się w około. Nessa spała. Aż dziwne, że nie obudziły ją moje krzyki.  - Ja pójdę do siebie. Dobranoc. - Nie czekałam na odpowiedź z jej strony. Byłam jeszcze w lekkim szoku, dlatego szybko znalazłam się w swojej sypialni, kładąc się do łóżka.

Nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z jednego boku na drugi. Myślałam o tym śnie. I z każdą kolejną chwilą docierał do mnie jego sens. Tęskniłam za nim. Tak cholernie tęskniłam za jego słowami, jego dotykiem, jego pocałunkami, które były jak lekarstwo nawet na ciężką chorobę. Nie mogłam już nawet sobie wmówić tego, że potrafię sobie bez niego poradzić, że jestem w stanie normalnie funkcjonować. Ale ten chłopak był jak brakujący element układanki - tylko razem tworzyła całość. On zabrał kawałek mojego serca.
- Chcę cię z powrotem Rossy - załkałam cicho, zwinęłam się w kulkę, a po dłuższym czasie zasnęłam.

W tym samym czasie
  Ross's POV:
Obudziłem się z dziwnym przeczuciem. Mój zegar wskazał 3:50. Postanowiłem zejść na dół napić się czegoś.
Siedziałem i piłem mleko. Zawsze powtarzałem tą samą czynność kiedy nie mogłem zasnąć lub gdy budziłem się w nocy. Tata mnie tego kiedyś nauczył jak byłem mały.
Usiadłem sobie na blacie pijąc, kiedy do pomieszczenia wszedł mój zacny przyjaciel Ell.
- Co ty tu robisz? - zapytał zdezorientowany. Właściwie to chyba ledwo widział bo przyszedł z prawie zamkniętymi oczami, jakby lunatykował.
- Mógłbym zapytać ciebie o to samo. Chyba widzisz co robię - zaśmiałem się. Chłopak spiorunował mnie wzrokiem, ominął i nalał sobie szklankę wody, po czym usiadł na krześle przy naszym mini barze, także znajdował się teraz naprzeciwko mnie.
- Nie żebym się czepiał czy coś, ale... - zaczął
- To się nie czepiaj - uśmiechnąłem się głupio
- Ross? Zachowuj się jak człowiek.
- Dobra, widzę, że o godzinie czwartej nad ranem jesteś mega poważny. Mów o co chodzi stary.
- No to, nie żebym się czepiał, ale co ty za cyrki odpierdalasz teraz co?
- Co?! Jakie znowu cyrki? Co masz na my... Dobra wiem co masz na myśli. Ale dla twojej wiadomości to nie są żadne cyrki. Ja po prostu chce zmienić swoje życie i...
- I co? Chcesz mi wmówić, że Sarah zastąpi Scarlett?
- A może już ją zastąpiła?
- Ty chyba trochę bardziej uderzyłeś się w tą głowę niż myślałem. Słuchaj, wmawiaj własnej siostrze te bajeczki ale nie mi. Jeszcze nie dawno nie chciałeś jej znać była ci obca, spoko ja rozumiem że amnezja, ale zaczęło coś między wami od nowa iskrzyć, podrywałeś ją, i no stary kurde! Spałeś z nią!
- Dziękuję za to zjawiskowe przedstawienie całej historii, panie wszystko wiedzący. Może ogłosisz to w telewizji, że ją przeleciałem co?
- Tylko ją przeleciałeś czy było to może coś więcej Rossy? - Przeszedł mnie dreszcz na to zdrobnienie. To ona zawsze tak mówiła na mnie...
- Nie wiem - przerwałem, a potem nie wytrzymałem tej presji - Ale no kurwa Ell! Nic nie miałem do Sary jasne?! To Scarlett zaczęła mi robić jakieś wymówki jakby wiedziała wszystko najlepiej, nawet nie dała mi nic wytłumaczyć! Wkurzyłem się i to jakoś tak wszystko wyszło. Ona też za dużo naraz oczekuje...
- A dziwisz jej się?
- Nie, chociaż po jej wybuchach zaczynam w to wątpić. Chyba jej już lepiej beze mnie...
- A tobie?
- Co masz na myśli? Ja nic nie mówiłem, że chcę z nią być, że za nią tęsknię, że ją kocham...
- Ale ja ci nawet nie zadałem takiego pytania.
- Ale tak nie jest, dla twojej wiadomości.  Skoro jest taka dla mnie to dlaczego ja mam skakać nad nią?
- Ty już lepiej nad nikim nie skacz, bo może się to źle skończyć - zaśmiał się głupio - Ale naprawdę weź sobie to przemyśl. Dobranoc - wstał, poklepał mnie po ramieniu i poszedł na górę zostawiając mnie samego.
xxx

Od rana siedziałam w pracy, a właściwie to nie siedziałam tylko biegałam od jednego do drugiego stolika, do kuchni i znowu na salę. Był sobotni poranek. Ludzie wolą przejść się do restauracji i zapłacić za wykwintne śniadanie - co za wygoda. Większość z nich przebywała na świeżym powietrzu. W lokalu znajdowały się ogromne szklane drzwi, które prowadziły prosto do ogrodu, który również był przeznaczony dla klientów restauracji - niewielkie miejsce z kilkoma stolikami oraz kanapami - idealne, można by wręcz powiedzieć. Jakże im zazdroszczę.
Tak czy inaczej ruch był spory, a brakowało nam kilku rąk do pracy. Jess zachorował, Kelly nie miała z kim zostawić synka, no a Tess była w pracy, ale zamiast ruszyć tyłek i pomóc dyrygowała wszystkimi.
- Może wreszcie przydasz się do czegoś? - stanęłam przed dziewczyną, machając ręką przed jej twarzą
- A ty możesz zejść mi z widoku? - odparła wyraźnie zirytowana. Spojrzałam w miejsce dosłownie zżerane wzrokiem dziewczyny. Przy jednym ze stolików siedział młody chłopak. Chłopak był nieziemsko przystojny - ciemne blond włosy, oczy koloru bursztynu oraz lekki zarost, który dodawał mu uroku.
- I co?  Mogłabym go wziąć tu i teraz! - dodała zaciskając długopis w dłoni
- Nie zmocz się z tego podniecenia za bardzo.
- Po prostu zazdrościsz.
- Przepraszam bardzo, ale czego?
- Ty i tak nie masz żadnych szans.
- To się jeszcze okaże. - Zabrałam tace z kartką i ruszyłam w stronę klienta.
- O nie nie! Na pewno nie!  - Dziewczyna chwyciła mnie za rękę
- No co ty Tess? Przecież byłaś taka zmęczona i nie chciało ci się pracować? Czy może zwątpiłaś w swoje przekonania? - uśmiechnęłam się triumfująco.
- Chciałabyś złotko. Po prostu nie chcę żebyś go odstraszyła swoim wyglądem i no - spojrzała na mnie z góry na dół - No wszystkim, nie oszukujmy się.  Odebrała ode mnie tacę i pomaszerowała w stronę przystojniaka, kręcąc przy tym energicznie tyłkiem.
- Witaj - podeszła do stolika, lekko pochylając się nad nim, tak żeby wyeksponować swój biust. Szatyn spojrzał na nią ukradkiem zza gazety, którą czytał.
- Dzień dobry - uśmiechnął się szczerze
- Podać coś? Wodę, kawę, coś słodkiego? A może dobre towarzystwo? Siedzisz tu tak sam... - zatrzepotała rzęsami
- Pewnie mówisz o sobie co?
- Dobra odpowiedź.  To co będzie?
- Wiesz z wielką chęcią, ale...
- No tak wiem, wiem nie znamy się i w ogóle. Ale zawsze możemy się poznać lepiej. - Przysiadła się do niego. Miałam wrażenie, że zaraz go połknie!
- To bardzo miłe, ale czekam już na kogoś.
- Rozumiem.  Jesteś zajęty co? - pytała zawiedziona
- Niestety, ale miło się rozmawiało.
Chciała już odejść, ale nie dała za wygraną.
- Wiesz dziewczyna nie ściana...  - uśmiechnęła się
- Oczywiście, ale ja jestem gejem. - Dziewczyna otworzyła usta, podobnie jak ja. Próbowałam się opanować, żeby nie wybuchnąć śmiechem kiedy widziałam upokorzoną, wściekłą Tess, wracając z powrotem.
- Pierdole, co za dupek!  - krzyczała wchodząc do kuchni


Ruch w restauracji zmniejszył się, a moja zmiana dobiegała końca. Wzięłam zamówienie od jednego stolika, a następnie ruszyłam w stronę swojej szafki. Przebrałam się szybko. Dzisiejszy dzień był bardzo gorący,  dlatego chodzenie w tym słabo oddychającym mundurku było uciążliwe.  Wzięłam swoją torbę i wyszłam z budynku,  kierując się w stronę domu. Dzisiaj postanowiłam przejść się pieszo.
Kiedy dostałam sięprawie do domu, zauważyłam, że tata pakuje bagaże do samochodu. To mogło znaczyć tylko jedno. Nie chciałam tam wracać, dlatego skierowałam się w stronę domu moich przyjaciół.
- Scarlett!  - Usłyszałam za sobą głos ojca.
- Co chcesz?
- Posłuchaj ja nie chciałem, żeby tak to wszystko wyszło i...
- O Błagam cię tato! Daruj sobie tak samo ty i jak mama. Nie potrzebuję waszych przeprosin i głupiego tekstu, że nie chcieliście tego. Ja jestem duża poradzę sobie, ale nie zapomnijcie, że macie jeszcze Nessę. Ona rozumie już znacznie więcej niż się każdemu wydaje, więc jeśli jeszcze zamierzacie uratować to wasze małżeństwo albo i nie to chociaż zajmijcie się nią tak żeby nie musiała wysłuchiwać takich kłótni.
- Przepraszam cię kochanie naprawdę za wszystko. Spieprzyłem. Masz rację. Pamiętaj, że zawsze możesz do mnie przyjść jeśli będziesz potrzebowała pomocy. - Łzy zaczęły zbierać się w moich oczach. Tata wyciągnął ręce, a ja rzuciłam się w jego ramiona.

xxx

- Rydel ktoś dzwoni do drzwi! - krzyknął Ross, rozglądając się bardziej na kanapie.
- To otwórz! - krzyknęła jeszcze głośniej dziewczyna - Przecież jestem na górze i suszę włosy.
- Kobiety...  - wstał leniwie i podszedł do drzwi, otwierając je.
- Co? - powiedział obojętnie, a potem spojrzał na mnie - Yy to znaczy cześć Scarlett - zawahał się, a potem wskazał ręką, zapraszając do środka.

Od razu weszłam do mieszkania, następnie rozsiadając się na kanapie w salonie. Chłopak z daleka obserwował mnie.
- Napijesz się czegoś? - zapytał
- Nie dzięki - odpowiedziałam cicho, tak że pewnie ledwo to usłyszał. Nie miałam ochotę na kolejną awanturę z nim, chciałam jedynie porozmawiać z moją przyjaciółką.
- Coś się stało? - przykucnął na przeciwko mnie, powodując ból, który czułam podczas spotkania z tatą.
- N-nic... - odwróciłam głowę
- Przecież widzę.  - chwycił moją brodę, tak żebym spojrzała na niego - Płakałaś?
- Ja... Nie mogę.-I łzy popłynęły po zarumienionych policzkach...Jak to jest, że człowiek czasem potrafi być taki silny, a przynajmniej udawać, a w jednej chwili potrafi się załamać.
- Ej co jest? Nie płacz. - Wziął mnie w ramiona, a ja nie myślałam już nad tym co dobre a co złe, wtuliłam się w niego. - Nie płacz...
Otarł łzy patrząc mi prosto w oczy. Położył rękę na moim policzku a ja zamknęłam oczy.
Nasze twarze dzieliły centymetry.
W jednej chwili jego usta znalazły się na moich. To była ta chwila ukojenia. Nagle ból przestał istnieć. Odwzajemniłam pocałunek, który trwał może kilka sekund.
- Co tu się dzieje? - zaśmiał się Rocky stając obok nas. Momentalnie odskoczyłam od chłopaka i pobiegłam na górę.
- Stary weź się ogarnij jedna albo wcale! - powiedział brunet, po czym zostawił zdezorientowanego Ross'a.

Moje serce biło niczym oszalałe. Nie mogłam złapac tchu. Zamknęłam za sobą białe drzwi, a blondynka w dresie w rożową panterkę patrzyła na mnie z podjrzanym wzrokiem.
- No co? - zapytałam po kilku minutach milczenia
- Mogę wiedzieć co się tam stało?
- Tam, czyli gdzie? - udałam, że nie wiem o co jej chodzi. Dziewczyna uniosła brwi.
- Tam czyli na dole. Wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha albo ktoś cię dorwał po drodze - zaczęła się śmiać
- Śmiej się śmiej... - rzuciłam się na łóżko dziewczyny. Po czym wzięłam poduszkę i zaczęłam klnąć w nią. - Możesz mnie zabić?
- Pewnie. W jaki sposób byś chciała? - mówiła z uśmiechem na twarzy
- Co ty masz taki dobry humor? Jeszcze bardziej mnie tym dołujesz kobieto...
- Dołuje cię mój dobry humor? Ale z ciebie przyjaciółka.
- No dobra nie obrażaj się tylko mów.
- No dobra! Pamiętasz, że niedługo jedziemy w trasę nie?
- Nie musiałaś przypominać...
- Możesz nie przerywać? - podniosłam ręce - Noo to Ell powiedział, że bedziemy wtedy zapracowani i w ogóle i zaaaprosił mnie do kina!
- Jeju naprawdę? Nawet nie wiesz jak się cieszę! - przytuliłam przyjaciółkę
- Dlatego jestem taka radosna! No to teraz ty opowiadaj co tam u ciebie!
- Ee nie. Nie chcę psuć twojego dobrego humoru. Tak fajnie sie na ciebie patrzy - dodałam z uśmiechem
- Dlatego powiedziałaś, że mam cię zabić? - Pokiwałam twierdząco głową - Dobra to ja mam pomysł! Jedziemy za chwilę do galerii na zakupy, po drodze zrobimy postój w jakimś markecie. A potem zrobimy sobie babskie spa u mnie w pokoju. Ale najpierw mi powiedz o co chodzi.
- Kocham cię wiesz? - rzuciłam jej się na szyję
- Wiem. Tylko mi się tu nie rozklej.
- Spokojnie. Już wcześniej to zrobiłam i ośmieszyłam się trochę, ale to potem.


Kiedy opowiedziałam Rydel wszystko co miałam jej do powiedzenia udałyśmy się w wyznaczone wcześniej miejsce. Świetnie się razem bawiłyśmy. Podziwam tą dziewczynę. Nie wszyscy mogą mieć w sobie tyle pozytywanej energii co ona. Z kilkoma pełnymi torbami wróciłyśmy do domu.
- O siostra kupiłaś jedzenie! - krzyknął Rocky od razu po naszym wejściu
- Lodówka jest pełna drogi bracie. Riker wczoraj zrobił zakupy, żebyś miał co jeść. A od tych toreb trzymaj się z daleka.
 Zaczęłam wyjmować poszczególne rzeczy na blat.
- To ja tu zacznę wszystko przygotowywać a ty możesz przynieść z samochodu jeszcze jedną torbę.
- Już lecę! - podbiegłam do drzwi wyjściowych. Kiedy chciałam już złapać za klamkę zostałam odepchnięta i momentalnie poczułam okropny ból przeszywający moją głowę.
- O kurde! Nic ci nie jest? - mój zamazany obraz nie chciał pokazać mi osoby, którą zaraz prawdopodobnie potraktuję tak samo. Przetarłam oczy i zobaczyłam JEGO.A kogo innego się spodziewałaś idiotko' - zadrwił głos w mojej głowie. Chłopak wyciągnął do mnie rękę.
- Nie, nie. Nic mi nie jest. Sama sobie poradzę. - Wstałąm i z godnością - tą która mi jeszcze została po dzisiejszym dniu - wyszłam z domu po torbę z zakupami.
- Scarlett! - usłyszałam za sobą, ale kompletnie zignorowałam - Ja naprawdę...
- Tak tak wiem. Naprawdę nie chciałeś. Spoko Ross, dobrze się czuję. Możesz już tak nade mną nie skakać.
-Może ci pomogę?
- Słuchaj - wyciągnęłam rękę tuż przed jego klatką piersiową - Bardzo mi miło, że tak sie troszczysz o mnie, ale nie potrzebuję pomocy. - zamknęłam samochód, wzięłam torbę i udałam się do domu.
- Możemy porozmawiać? - zatrzymał mnie przed wejściem
- Nie!
- Czemu?
- Bo to się skończy tak jak wcześniej... - szepnęłam, na co on tylko uśmiechnął się i puścił mi oczko. Wie o co chodzi, frajer.
- Odpowiada mi taka powtórka, skarbie - nachylił się, a ja upuściłam torbę na jego nogi - Ja pierdole! Co wy kupiłyście?! - krzyczał, trzymając się za nogę
- Takie tam. Rada na przyszłość skarbie - szepnęłam mu na ucho - Zostaw mnie w spokoju - uciekłam szybko do przyjaciółki, zanim zdążyłby mnie złapać za to co zrobiłam. Fakt, może i chciałabym znowu go pocałować. No ba! To jak najbardziej pewne, że chciałam. Ale nie mogę... Nie dam się. To tylko facet. Jak każdy inny...

Nasz wieczór minął fantastycznie. Szczerze mówiąc brakowało mi takich rozmów z Rydel. Była godzina 1:15. Przyjaciółka zaproponowała mi nocleg. Atmosfera w domu nadal jest napięta. Do tego przyjechała babcia, która jakoś nigdy nie przepadała za tatą i wreszcie może wszystko wypomnieć mamie. A ja nie mam zamiaru być świadkiem tych pożal się Boże 'kłótni'.
Postanowiłam wziąć prysznic. Wzięłam piżamę i szybko przemknęłam do łazienki. Po kilku minutach po wejściu pod prysznic, usłyszałam czyjąś rozmowę za drzwiami. Zignorowałam to. Wyszłam z kabiny, chwyciłam ręcznik i zamarłam.
- Wyjdź stąd! - krzyknęłam zdenerwowana, kiedy zobaczyłam w pomieszczeniu Ross'a. No to już szczyt wszystkiego naprawdę!
- Kontynuuj proszę - zaczął się szczerzyć
- O co ci chodzi?! Przestań za mną łazić! - owinęłam sie dokładnie ręcznikiem - Nie rozumiem cie! Traktujesz mnie jakbyś mnie nie znał, no tak bo nie pamiętasz. Nie chcesz mnie znać. Jestem dla ciebie nikim... Potem dziwnie udajesz, że jednak coś, a jak ja już robię sobie nadzieję to bum! Wszystko szlag strzela, bo pojawia się jaka blond lafirynda! Robisz mi jakąś pieprzoną szopkę w restauracji w pierwszym dniu mojej pracy, a teraz łazisz za mną, całujesz mnie i wpadasz mi do łazienki! I ja się do cholery py.. - Chwycił moją twarz i szybko przyblizył do swojej. Nasze wargi złączyły się, a ja kompletnie przestałam kontaktować ze światem. Nagle on oderwał się ode mnie, spojrzał prosto w oczy i skierował do wyjścia.
- Wytłumaczę ci wszystko. Ubierz się - I wyszedł. Tak po prostu.

xxx

Los lubi płatać nam filge. Chyba jego ulubioną osobą jestem ja. To bardzo zabawne. Jakbym komuś obcemu kiedyś opowiedziała moją historię 'wspaniałe', zakeconej miłości to by mnie po prostu wyśmiał. Dlaczego? Przecież to takie oczywiście. Jestem dorosła, a zachowuję się jak zwykła gówniara. Taka, jak to sama ostatnio określiłam - naiwna? Bezndziejnie wierząca w to co niemożliwe lub po prostu nie dostępne dla niej.
I o to poraz kolejny złamałam swoją wymyśloną zasadę 'nie daj się'. Jak mogłam pomyśleć, że w końcu wszystko się ułoży? Nadzieja zawsze umiera ostatnia, prawda? Moja właśnie wtedy umarła.

Kilka minut wcześniej

- Nie możesz jej tego powiedziec! - krzyknął Ross.
- A niby czemu nie? Jak długo zamierzasz jej robić wodę z mózgu?! - odezwała się Rydel
- Nie chce już tego... - Otworzyłam szeroko oczy. O czym on mówi? Stałąm za zamkniętymi drzwiami i peszczelnie podsłuchiwałam ich romowę.
- Ja nie potrafię już dłużej trzymać buzi na kłódkę. Nie mam zamiaru udawać, że wszystko jest okay!
- Ja jej to wytłumacze, ale ona... Ona mnie znienawidzi! - Momentalnie oparłam się o drzwi, które wcale nie były zamknięte. Dlatego wpadłam do pokoju.
- Scarlett - chłopak wstał i spojrzał na mnie jakby właśnie zobaczył ducha.
- Ja... Ja, nie wierzę! - wykrzyczałam. Po moich policzkach sływał potok łez. Łez przepełnionych żalem i tą głupią nadzieją.
- Ty nic nie rozumiesz - powiedziała Rydel
- A do prawdy? Kto jeszcze brał w tym udział i okłamywał mnie przez cały czas, co?! Każdy. Naprawdę każdego bym się spodziewała, ale nie ciebie!
- Rozum... - mówiła, płacząc razem ze mną
- Co ma zrozumieć? Może ty mi powiesz co Ross? Ładnie było się tak mną bawić?
- Ty nie wiesz o co chodzi... - odezwał się
- Jak nie? Nie jestem głupia... Tak jak myslałam wczęsniej. Po prostu się mną bawisz. Trzeba było od początku dać mi spokój! Zapomniałabym o tobie... - spojrzał na niego. Patrzyłam jak do mnie podochodzi. Jak ja bardzo chciałam, żeby to zdarzenie okazało się tylko zwykłym koszmarem. Ale tak nie było. Czułam się jakby ktoś wbił mi nóż w plecy.
Jak najszybciej wwybiegłam stamtąd. To nic, że miałam na sobie piżamę. Biegłam przed siebie, nie zważając na patrzących się na mnie ludzi, którzy pomimo dość późnej godziny szwędali się po okolicy. Dostałam się do najbliższej budki telefonicznej.
- Vanessa? Przyjezdziesz po mnie? - mówiłam do słuchawki, zanosząc się płaczem.
- Już jadę - odpowiedziała zaspanym głosem dziewczyna.


xxx

 Witajcie! Po długim długim czasie... Mam nadzieję, że jeszcze ktoś tutaj zagląda, pomimo braku rozdziałów. A, więc zaczynając od początku - to wracam do Was z nowym rozdziałęm. Według mnie jest dosyć dosyć :) Ale znowu to samo, znowu się wszyscy pokłócili. tak wiem, co myślicie - jaka nuda. Miałam to już w planie.
Ogólnie to mam bardzo mało czasu na cokolwiek. Jeśli ktoś jest w drugiej klasie liceum, pewnie myśli tak samo. Chciałąbym dodawać rozdziały co tydzien w porywach do dwóch, ale nie jestem w stanie nic obiecać. Teraz jest majówka - z braku ładnej pogody (ciepła) pewnie spędzę dużo czasu  w domu. Postaram się coś napisać.
Jeśli chodzi o rozdziały to mam już zaplanowane wszystkiego do końca. I tutaj taki szok. Tak dokładnie. Bedzie ich może jeszcze z 10 i nie będzie to znowu ta sama nudna telenowela - będzie bardziej dramtycznie. Tyle mogę zdradzyć. I mam nadzieję, że będziecie czytać. Bardzo bym tego chciała.
To chyba wszystko. Życzę Wam udanej majówki i do następnego rozdziału.

~Olivia~
xoxo

czwartek, 11 lutego 2016

Rozdział 56

 Ten rozdział dedykuję osobie, która jest wierną czytelniczką mojego bloga, a mianowicie Darii Wieczorek (http://sometimes-rosslynchstory.blogspot.com/ zapraszam na jej bloga - niesamowity!).



 Nienawidzę użalać się nad sobą, ale w ostatnim czasie zbyt często mi się to zdarza. Miałam nadzieję, że kiedy wygarnę Ross'owi wszystko będzie mi trochę lepiej. Ile można do cholery trzymać to w sobie? Nie jestem dziewczyną do wykorzystania... Ale chyba trochę przesadziłam. Przesadziłam? - Całą noc o tym myślałam 'co by było gdyby...' . A nie ważne już.

Mam dzisiaj mój pierwszy dzień w pracy, nie mogę tego spieprzyć. Praca nie jest byle jaka, bo nie za byle jakie pieniądze. Niby to tylko kelnerowanie, ale w takiej restauracji to nawet kichnięcie może zadecydować o wszystkim. Można tak przynajmniej powiedzieć. - śmieję się sama do siebie, patrząc w lustro na swoją bladą twarz. Wory pod oczami, spuchnięte powieki i te włosy? Mam dwie godziny na ogarnięcie tego syfu na mojej twarzy i dojazd na miejsce. Nie wiem jak mi się to uda, ale muszę się wziąć w garść.

Wzięłam orzeźwiający prysznic, zawinęłam włosy w ręcznik, tworząc na głowie turban i zajęłam się makijażem. Zakryłam denerwujące wory sorą ilością podkładu i pudru i zaczęłam po kolei upiększać resztę części mojej twarzy. Nabrała trochę koloru. Wytuszowałam rzęsy i podkreśliłam delikatnie usta matową szminką. Następnie wysuszyłam moje włosy i dobrze rozczesałam. Trochę dużo czasu zajął mi pobyt w łazience. Straciłam poczucie czasu. Wybiegłam z łazienki, ubrałam się w przygotowane wcześniej ubrania i udałam się do kuchni, mając nadzieję, że mama jest w domu. Cholera! 'Musiałam pojechać na spotkanie. Będę wieczorem' A niech to szlag. Zostawiła tylko kartkę... Gdzie do jest cholery mój braciszek jak jest potrzebny? A no tak już z nami nie mieszka. Nawet nie wiem kiedy widziałam go ostatni raz.
Spojrzałam nerwowo na zegarek. Brawo Scarlett, pierwszy dzień w pracy a ty już spóźniona. Pozostał mi już tylko rower i jak dobrze to pół godziny drogi...
- Gdzie się pani wybiera? - usłyszałam za sobą znajomy głos. W samochodzie siedziała Rydel, w wielkim różowym kapeluszu i okularach przeciwsłonecznych. Wyglądała jak prawdziwa barbie!
- Kupiłaś samochód?
- Mhm... Takie życie gwiazd - zaśmiała się. - Już dawno planowałam kupno nowego wozu, ale nie było czasu.
- Podwieziesz mnie? Mam 10 minut. - zapytałam błagalnie
- Wsiadaj. Módl się tylko, żeby nie było korków. - Wskoczyłam do samochodu, a dziewczyna ruszyła przed siebie. Miałam fuksa. O tej godzinie nie było takiego ruchu i byłam przed czasem.
- Dzięki, kochana jesteś. Zawsze ratujesz mi życie.
- Spoko, ktoś musi. O której kończysz?
- Ale ja dam radę wrócić sama, spokojnie. - Spojrzała na mnie znacząco. - O 22 - odpowiedziałam z uśmiechem.
- Świetnie! Do wieczora, pa! - krzyknęła i odjechała.
Udałam się cała zestresowana w kierunku drzwi wejściowych.
I niespodzianka na sam początek:
- Przepraszam! Nie widziałem cię! - Zostałam brutalnie przewrócona na ziemię, przez jakiegoś idiotę który nie potrafi chodzić.
- Dobra, nic mi nie jest. - Podał mi rękę, pomagając przy tym podnieść się z ziemi. Spojrzałam na chłopaka, wydawał mi się znajomy...
- Scarlett? - uśmiechnął się i wtedy wiedziałam, że na pewno go znam, ale nie mogłam sobie przypomnieć kto to i gdzie ja go poznałam.
- Tak? To znaczy, tak to ja.
- Nie poznajesz mnie?
- Poznaje... Ale nie wiem kim jesteś. - Zaczął się śmiać. Pewnie ze mnie... Może to dziwne, ale czułam się strasznie skrępowana przy nim. Był tak cholernie przystojny!
- Harry - podał mi rękę -  Poznaliśmy się na plaży. Byłaś na koncercie tego zespołu..Yy R5?
- A już pamiętam! Miałam trochę wypite, ale kojarzę mniej więcej.
- Pracujesz tu?
- Skąd takie pytanie?
- Masz taki sam 'mundurek' jak ja.
- Czyli ty też tu pracujesz.
- Dokładnie. - nie przestawał się uśmiechać, co trochę zaczynało mnie przerażać, bo nikt kogo znam jeden dzień nie cieszy się aż tak na mój widok. Mimo to było to bardzo urocze.
- To będziemy tak stać czy może mnie oprowadzisz? - powiedziałam, przerywając ciszę. Brunet wyciągnął rękę przed siebie, zapraszając do środka otwierając przy tym drzwi.
Wnętrze restauracji zostało urządzone według klasycznych wzorów, mimo to robiło duże wrażenie. Było widać, że właścicielka nie oszczędzała na wyposażeniu lokalu. Pomieszczenie jest ogromne. Ściany przeplatane są ciemnym fioletem i beżem. Po jednej stronie stoi dość skromna scena, gdzie co jakiś czas odbywają się tam występy. W około stoją czteroosobowe stoliki. Po drugiej stronie również znajduje się kilka mniejszych stolików, ale są też takie dla większej ilości gości. Można by nazwać tą stronę budynku, taką strefą VIP. Wszystko wygląda tak schludnie i elegancko. Widać, że pracownicy mają wszystko dopięte na ostatni guzik. Chłopak pokazał mi jeszcze kuchnię, przedstawił kilku pracownikom, którzy przyszli trochę szybciej do pracy , a następnie przeszliśmy do pomieszczenia dla personelu.Było niewielkie, znajdowały się tam jedynie szafki, które były przeznaczone dla każdego pracownika.
- Ej ty jesteś Scarlett Blue? - zapytał tak nagle wskazując na jedną z nich
- No tak, a co? - spojrzał w to samo miejsce co chłopak. Na szafce było moje nazwisko. Oniemiałam z wrażenie, to mój pierwszy dzień w pracy. Właściwie to nawet go nie zaczęłam, a mam już swoje własne imienne miejsce na rzeczy. - To moje? Myślisz? - miałam uśmiech na twarzy od ucha do ucha.
- Najwidoczniej. Ale powinnaś iść się najpierw zameldować do szefowej.
- Masz racje! Zupełnie o tym zapomniałam, miałam iść tam od razu.

Zabrałam torbę i udałam się prosto do jej gabinetu - jeśli można tak to nazwać. Miałam szczęście, jeszcze jej nie było.
Siedziałam przy dużym biurku,  na którym leżał plik papierów niektóre poukładane jedno na drugim, a inne bezładnie porozrzucane. Na ciemno fioletowych ścianach wisiały zdjęcia dzieci. Podeszłam do jednego ze zdjęć. Znajdowało się na nim troje dzieci. Ciekawe było to, że każde było inne...
- Idealne, hm? - Christina położyła mi rękę na ramieniu, a ja gwałtownie odwróciłam się w jej stronę.
- Tak, bardzo ładne... To jakaś twoja rodzina?
- Bardzo bliska mi rodzina... Moje dzieci - uśmiechnęła się, patrząc na fotografię. - Trójka z całej szóstki. - Zatkało mnie.
- Myślałam, że nie masz dzieci...
- Wszyscy tak myślą. Nie wyglądam na kobietę, która ma dzieci, zwłaszcza tyle. Wiecznie zapracowana, kariera najważniejsza...
- Pozory mylą.
- Siadaj - wskazała na fotel, a sama usiadła po drugiej stronie biurka. - Mam szóstkę wspaniałych dzieci. Kiedy miałam 19 lat zaszłam w ciążę nieplanowaną oczywiście.  Mój chłopak mnie zostawił a ja chciałam usunąć, bo nie takie miałam plany na życie.  Nie zrobiłam tego, ale i tak nie chciałam dziecka. Kiedy się urodziło, nie żałowałam swojej decyzji. Wszystko było pięknie, poznałam mojego męża i tak to mniej więcej wyglądało... Po ślubie urodziłam bliźniaki,  ale jedno z nich zmarło. Wpadłam w depresję i poszłam na leczenie. Po powrocie uświadomiłam sobie na czym polega ten nasz świat. Czwórka moich dzieci jest adoptowanych. Jedno jest czarnoskóre. Bez względu na to jakie są kocham wszystkie tak samo mocno i ważne jak bardzo jestem zapracowana, zawsze mam dla nich czas. Tylko dla nich i mojego męża robię to co robię.
- Podziwiam. -Uśmiechnęła się. - Wszystkim nowym pracownikom tak opowiadasz?
- Oczywiście, że nie! - zaśmiała się -  Ludzie są różni, trzeba wiedzieć komu co można powiedzieć, pamiętaj o tym. Nie takich już spotkałam...
- A skąd pewność, że mi akurat możesz tyle powiedzieć? Nie znasz mnie... Zresztą jesteś moim pracodawca.
- Po prostu wiem. Widzę, że potrzebujesz porozmawiać właśnie z kimś kto cię nie zna i nie będzie oceniać. A czasem lepiej porozmawiać z obcym, możliwe, że cię zrozumie... - Dziwne, ale jej słowa trafiły do mnie. Zamyśliłam się. - Jak będziesz chciała, oczywiście.  A teraz do pracy, nie ma czasu. Musisz się nauczyć, że tutaj nie ma odpoczynku. No może na chwilę. Już! - Zaśmiała się i zagnała mnie do kuchni.


Zbliżała się godzina 19.00. Dziś nic się nie działo, uczyłam się tylko co jak i gdzie. Ruch w restauracji robił się coraz większy. Postanowiłam nie siedzieć tak bezczynnie i zabrać się do pracy. Wszystko mniej więcej już wiedziałam, więc myślę, że dam radę.
Trzy godziny później w restauracji zjawili się Lynch'owie. Podałam im przystawki.
- No Scarlettko szybciej uwijaj się z tym jedzeniem! - powiedział Rocky, akcentując przy tym zdrobnienie mojego imienia
- Oczywiście kochany! - Przystanęłam obok niego, schylając się tak żeby lepiej słyszał - Dlatego dostaniesz ostatni. - zachichotałam i podałam danie mojej przyjaciółce.
- Usiądź na chwilę - zaproponowała, zapraszając do stołu
- Nie mogę, nie za bardzo mam czas dyskutować z wami. - Dziewczyna uśmiechnęła się. Usłyszałam tylko ciche prychnięcie Ross'a. Chyba nie myślał, że nie było go słychać... To jak z pogardą patrzył na mnie jak za każdym razem pochodziłam do nich było naprawdę irytujące.  Czułam, że się we mnie gotuje.  Powiedziałam mu tylko i wyłącznie prawdę. To on zaprzeczał sam sobie.
Wzięłam głęboki oddech, przeprosiłam moich przyjaciół i ze sztucznym uśmiechem na twarzy oddaliłam się prosto do kuchni.


Reszta wieczoru minęła dosyć spokojnie. Wykonywałam tylko swoją pracę, w kuchni dyskutowałam tylko z Harrym i poznałam kilku innych pracowników. Najlepsze w tym miejscu jest to, że wszyscy mają do siebie szacunek, nikt nikogo nie ocenia - No przynajmniej nie publicznie.  Może z wyjątkiem jednej osoby - Tess. Nie mogę dużo powiedzieć o tej dziewczynie bo znam ją pierwszy dzień, ale wydaje mi się, że uważa się za lepsza od nich. Ładna, szczupła, ciemne blond włosy, sięgające do ramion. Mogłaby być modelką, wtedy jej zachowanie byłoby do usprawiedliwienia, ale jest tylko kelnerką, nie rozumiem w czym jest lepsza od nich.
- Scarlett! - I tak nagle jej postać wyrosła jak gdyby nigdy nic z pod ziemi i stanęła na przeciwko mnie. - Budzimy się! - warknęła
- Trochę się zamyśliłam, przepraszam. - odparłam łagodnie
- Musisz się nauczyć, że tutaj nie ma miejsca na jakie kolwiek odpoczynki, pogaduszki czy rozmyślania kochana - uśmiechnęła się sztucznie
- Wiesz co? - Zacisnęłam rękę w pięść, czując jak moja twarz przybiera czerwonego koloru - Znam swoje obowiązki, ale dzięki za przypomnienie.  - Nie pozwoliłam sobie na wybuch gniewu,  trzeba zachować jeszcze resztki godności. Zresztą jestem tu dopiero pierwszy dzień, po co mam się wychylać.
Kiedy uspokoiłam się, z uśmiechem na ustach wyszłam na sale z kolejnymi daniami do podania. Byłam zdziwiona, że Lynchowie tak długo jeszcze tu siedzą. Miałam złe przeczucia, które oczywiście sprawdziły się. Właśnie zbierałam talerze po gościach jednego ze stolików, który był niedaleko od stolika moich przyjaciół. Podniosłam głowę i moim oczom ukazała się wysoka blondynka o długich nogach - Błagam tylko nie ona - szepnęłam sama do siebie. Byłam już naprawdę zmęczona, cieszyłam się, że za pół godziny kończy się moja zmiana i wreszcie będę miała czas dla przyjaciół albo wrócę po prostu do domu i teraz stwierdzam, że będzie to ta druga opcja. Mogło być gorzej?

Mogło. Chwilę zapatrzyłam się w tamta stronę, a kiedy poczułam czyiś wzrok na sobie odwróciłam się gwałtownie. Tak dokładnie, Ross jakby z satysfakcją w oczach patrzył na mnie, następnie witając dziewczynę całusem w policzek uśmiechnął się do niej i zaprosił do stołu, po czym spojrzał na mnie. Poczułam się upokorzona i z brudnymi talerzami udałam się w kierunku kuchni. Starałam się nie przechodzić obok ich stolika. Nie mogłam na nią, a właściwie ich patrzeć...
- Scar? - powiedziała kierowniczka, która zatrzymała mnie przed wyjściem na zaplecze
- Słucham? - uśmiechnęłam się sztucznie, bo miałam ochotę ulotnić się już z tego miejsca
- Mogłabyś jeszcze jeden stolik? A potem jesteś wolna.
- Właściwie to chc... - spojrzała na mnie, a jej wzrok mówił tylko jedno 'to twoja praca, więc rób co ci każe'. - Oczywiście Julie.
- Noo, będą ciebie ludzie! - uśmiechnęła się i klepnęła mnie w tyłek, a potem zniknęła w drzwiach.

Podeszłam do monitora, gdzie wszystko było ładnie zaznaczone - Rezerwacja, zajęte, rezerwacja, do odebrania numer 8. - Cholera! Wzięłam tace i w szybkim tępię znalazłam się przy gościach.
- No nareszcie, długo cię tu nie było kochana! - krzyknęła Rydel, na co odpowiedziałam jej ciepłym uśmiechem
- To co mała, po znajomości może jakiś rabacik? - powiedział Rocky, wyjmując portfel.
- Dla ciebie dwa razy więcej - zaśmiałam się, zbierając przy tym naczynia
- Kiedy kończysz? - zapytała z troską moja przyjaciółka
- Już powinnam skończyć, ale miałam taką przyjemność posprzątać po was.
- Możesz zabrać się z nami - zaproponwał Riker
- Chyba się nie zmieszczę - odpowiedziałam, spoglądając na Sarę. I zrobiła się cisza.
- Ja odprowadzę Sarę i wezmę taksówke - wtrącił po chwili Ross, ku zaskoczeniu wszystkich
- Nie musisz. Trafię do domu. - powiedziałam przez zaciśnięte zęby, patrząc prosto w jego ciemne oczy. Nikt poza nim nie odezwał się nawet słowem, nawet Sarah, chociaż miałam wrażenie, ze bardzo chciała ale się bała.
- A może po prostu chce odprowadzić Sare?
- Ross, sama przyszłam sama wrócę, spokojnie. - wtrąciła Sarah, trzymając Ross'a za rękę - Po co od razu się kłócić? - dodała z chytrym uśmieszkiem
- A według mnie, niech cię odprowadza, wcale mi to nie przeszkadza! - krzyknęłam, po czym zabrałam  brudne naczynia i udałam się to kuchni.
W szybkim tempie znalazłam się obok mojej szafki. Przebrałam się i jak najszybciej opuściłam to miejsce, zanim ktokolwiek zauważył moje zdenerwowanie... Nie miałam ochoty czekać na taksówkę, dlatego postanowiłam wrócić do domu autobusem. Szłam powoli na przystanek, a kiedy zobaczyłam zbliżający się pojazd przyśpieszyłam, żeby zdążyć. Wbiegłam do autobusu, który chwilę później odjechał. Skasowałam bilet i usiadłam gdzieś z tyłu. Przez połowę drogi patrzyłam bezczynnie na ludzi, którzy pojawiali się i po chwili znikali. Rodzeństwo uciekające swojej mamie, kobieta ubrana w futerko, mimo wysokiej temperatury, trzymająca na rękach małego szczeniaczka i obraz, który utkwił przez jakiś czas w mojej głowie, kiedy to zatrzymaliśmy się na światłach: dziewczyna, która dosłownie rzuca się na swojego prawdopodobnie chłopaka, a on podnosi ją jedną ręką, a w drugiej trzyma duży bukiet kwiatów... Ciekawe, że jeszcze nie dawno taki widok sprawiał, że uśmiechałam się sama do siebie, a teraz? Tylko czuję jak na moich policzkach pojawiają się pojedyncze krople łez. Można oszukiwać innych, ale głupotą jest wmawiać samej sobie, że wszystko jest dobrze. Po co mam okłamywać samą siebie? Pokazywać przed każdym, że jestem silna jak to nie prawda, bo w środku rozpadam się.
Autobus zatrzymał się na kolejnym przystanku. Do środka weszła starsza pani. Podeszła do mnie i uśmiechnęła się ciepło.
- Czy tutaj jest wolne miejsce, kochanie? - powiedziała
- Tak, proszę usiąść. - odpowiedziałam grzecznie, ocierając twarz.
Kobieta usiadła obok mnie, a ja odwróciłam wzrok z powrotem w stronę okna.
- Proszę - powiedziała znowu, podając mi chusteczkę. Nic nie odpowiedziałam tylko przyjęłam ją od niej i podziękowałam.
- Nie płacz, aniołku. Nikt nie jest wart twoich łez.
- Skąd pani wie przez co płaczę?
- Nie muszę wiedzieć. Przeżyłam już tyle w swoim życiu. Raz cierpiałam, płakałam, myślałam nawet o bardzo głupich rzeczach... A potem jak było już dobrze zastanawiałam się po co? Czemu tak robiłam?
- Nie rozumiem.
- Chodzi o to, że w życiu są zawsze te dobre i te złe chwile. Możesz popłakać sobie, ale musisz też znaleźć powód swojego smutku oraz rozwiązanie.
- Myślę, że ma pani rację dziękuję - uśmiechnęłam się szczerze. - Ja, muszę już iść, mój przystanek. Dobranoc - pożegnałam się i wstałam z miejsca, kierując się do wyjścia.
- Dobranoc Scarlett - uśmiechnęłam się do niej i wyszłam z autobusu. A kiedy drzwi zamknęły się za mną, ogarnęło mnie dziwne uczucie - Skąd znała moje imię? - Powiedziałam sama do siebie, otwierając szeroko oczy.

Po kilku minutach byłam już przed domem. Wyciągnęłam ze skrzynki listy, które jeszcze tam leżały mimo dość późnej godziny. Pewnie mama znowu o nich zapomniała, albo nie miała czasu. Kiedy chwyciłam za klamkę, usłyszałam krzyki dobiegające z drugiej strony. Szybko weszłam do domu. Jedyne co przykuło moją uwagę to tuczące się szklane naczynie.
- Co tu się do cholery dzieje?! - krzyknęłam, patrząc jak idiotka na rodziców i brata... Brata? - O wreszcie zjawiłeś się w domu, gratuluję Chris! - powiedziałam sarkastycznie, patrząc w jego pełne gniewu oczy
- Czepiaj się mnie ile tylko chcesz, ale może nie w tym momencie dobra? - nie krzyczał, ale nie mówił też spokojnie. Nie były to zwykłe te 'jego docinki'. Wręcz przeciwnie, mówił poważnie. Co jak na niego było dużą nowością.
- O co chodzi? - zapytałam po raz kolejny, patrząc tym razem na moją rodzicielkę
- Zapytaj się swojego taty o co chodzi!
- Jesteś żałosna kobieto! - krzyknął tata
- Ja? To ty wracasz późno do domu, czasem wcale, masz dużo tych popierdolonych wyjazdów! Myślisz, że jestem głupia?! Widzę co się dzieje!
- Po prostu się przyznaj ojciec i po problemie kurwa! - odezwał się z krzykiem Chris, zrzucając kilka rzeczy ze stołu
- Uspokój się i przestań przeklinać! - mówiłam do niego z płaczem
- Chcesz znać prawdę chcesz?! - wtrącił po chwili, podchodząc do matki - Proszę bardzo o to ona. Wszystko było ładnie pięknie, chciałaś się tu przeprowadzić dobra. Ale ta twoja cholerna praca doprowadziła mnie do szału rozumiesz! Ile razy siedziałaś po godzinach? Ile razy wychodziłaś? Nie tak było ustalone na samym początku. Praktycznie się nie widywaliśmy, już nie powiem czego jeszcze nie robiliśmy. I tak jest prawie od roku! Wielka mi bizneswoman! Nie wytrzymałem tego. Poszedłem do baru, upiłem się a potem spotkałem starą koleżankę i tak to się skończyło...
- Ty łajdaku! - podeszła, zamachnęła się i uderzyła go prosto w twarz. Ja zakryłam tylko usta ręką, powstrzymując szloch.
- Za co to było? Myślałem, że jesteśmy teraz na równi?
- Słucham? - powiedziała z oburzeniem
- Myślałaś, że nie wiem? Nie wiedziałem, że jesteś aż tak ostra w łóżku jak słyszałem...
- Przestańcie! Mam tego dosyć! - wybiegłam na górę do pokoju Vanessy, zamknęłam za sobą drzwi, po którym osunęłam się na ziemię, ukrywając twarz w dłoniach.
- Czemu płaczesz? Cemu wszyscy krzyczą? - moja malutka siostrzyczka dotknęła mojej ręki. Cała się trzęsła. Widziałam, że nie rozumie co się dzieje i  bardzo się boi, dlatego otarłam łzy, wzięłam ją na kolana, mocno przytulając i zaczęłam tłumaczyć co się stało.
- Nessa, rodzice się trochę pokłócili. Sprawy dorosłych, nie zrozumiesz tego. Nawet ja tego nie rozumiem... Ale wiesz czasem tak jest, że ludzie się nie dogadują i wtedy są bardzo smutni.
- Tak jak ty kiedy płaczesz w pokoju przez Ross'a? - Zatkało mnie. Ona nie jest jednak już taka mała i wie dużo więcej niż można się tego spodziewać.
- No powiedzmy, że tak aniołku.
- Rodzice się nie kochają?
- Mają teraz trudny czas, ale wszystko będzie dobrze. Nawet jeśli ich już nie będzie razem to i tak będą cie kochać wiesz. - Patrzyłam na jej zawiedzioną buzię, która po chwili przybrała spokojniejszy wyraz.
- Scarlett?
- Tak?
- Położysz się ze mną spać i opowiesz mi bajkę?
- No pewnie.
Położyłam się z nią w jej małym łóżku i opowiedziałam bajkę, która tak kochała. O księciu i księżniczce. Mimo, że byłam teraz w rozsypce to bajka poprawiła nawet mój humor. Czasem można sobie trochę powyobrażać albo pomarzyć. Opowiedziałam jej historię do końca. Dziewczynka spała, a ja poczułam nagle takie zmęczenie. Powieki robiły się coraz cięższe. Nie wiem nawet kiedy odpłynęłam w długi sen.
____________________________________________________________

Dziękuję, że czekaliście tak długo na ten rozdział. 
Jest trochę dramatyczny :) Ale jestem z siebie dumna, bo włożyłam w niego całe swojej serce. 
Jutro zaczynam wreszcie ferie i  mam nadzieję, że uda mi się coś napisać, bo jak do tej pory było to praktycznie niemożliwe. 

Thank You & Love You! xx
~Olivia~